Odwiedziłam to miejsce w słoneczną niedzielę. Szczęśliwie w godzinach przedpołudniowych co dało mi możliwość znalezienia miejsca na dosyć dużym parkingu bez większej walki na lakier. Gdy wyjeżdżałam stamtąd po kilku godzinach takie walki prowadzono już praktycznie w każdej alejce. Polecam więc wizytę w godzinach porannych albo w dni nieoznaczone mianem weekendu lub święta.
Okolica naprawdę z ręką na sercu i oczami szeroko otwartymi zapierająca dech w piersiach. Sam zamek. Wspaniały park z oczkiem wodnym dookoła którego spacerek w taki piękny dzień to czysta przyjemność. Kaczki w gratisie. Podczas mojej obecności łypały bez entuzjazmu siedząc na dryfującym pośrodku akwenu supie. Dodatkową ciekawostką jest możliwość zrobienia spaceru do czegoś w rodzaju tamy gdzieś poza terenem zamku. Nie o tym jednak chcielibyście czytać w tekście poświęconym muzeum motoryzacji?
Samo muzeum ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie rzuciło mnie na kolana. Spodziewałam się czegoś niezwykłego. Eleganckiego i porywającego. Eleganckie jest a i owszem od samego wejścia, ale porywające już niestety nie. Nie wiem, czy trafiłam na moment, w którym auta prezentowane tutaj wcześniej właśnie pojechały na wakacje?
Po wejściu przez bramki moim oczom ukazała się piękna hala. Owszem architektonicznie cudowna, ciepły brąz cegieł i podłoga z laminatu. Wszystko klimatyczne. Auta też klimatycznie poustawiane grzecznie pod ścianami. Wszystkie ładne i lśniące oraz jakieś takie ulizane.
Po zrobieniu dziesięciu kroków w jedną stronę i dwudziestu w drugą – podaję wartości szacunkowe, bo pomimo rozczarowania jednak bardziej skupiałam się na autach niż na liczeniu kroków, ekspozycja się kończyła. Nie umknął jednak mojej uwadze fakt, że tych kroków robić wielu naprawdę nie musiałam.
Żeby nie było jest to miejsce, w którym można poczuć zachwyt. Patrząc na przykład na replikę Syreny Sport. Piękna, pomarańczowa powstała ze zmarłych. Uśmiechająca się przesympatycznym pyszczkiem. Żart historii. Na przekór inżynierowi Łukaszewiczowi znowu może się prezentować w blasku żarówek. Mimo, że okrzyknięta samochodem sportowym nigdy takowym być nie miała. Została powołana do życia jako samochód przedprototypowy i eksperymentalny, aby testował nowe podzespoły i technologie. Wyszło lepiej niż można się było spodziewać. W tle ludzkie niesnaski oraz władza, która patrzyła inżynierom na ręce z niechęcią. Koniec tej historii to komisyjne zniszczenie prototypu tak aby nie został po nim nawet okruch. Szczęśliwie, mimo że okruchy nie zostały to pozostała w pamięci tych, których urzekła swoją linią oraz entuzjastów, którzy korzystając z pamięci postanowili ją zrekonstruować. W Zamku Topacz możecie ją podziwiać i za to ogromna wdzięczność temu miejscu.
Poza tym nie rozumiem czemu w muzeum motoryzacji podziwiamy z musu poniekąd elementy związane z serialem o Kiepskich. Serio. Nie urzekło mnie to. Stanowi tak ogromny kontrast w stosunku do miejsca, w którym się znajduje zbiór tych „eksponatów” że aż ciężko mi było podjąć decyzję czy się śmiać czy też płakać. Postanowiłam zachować otwartą głowę i ową wystawę składającą się z kilku pomieszczeń, w których Kiepscy bytowali wraz z sąsiadami obejrzeć. No cóż… podomka Pani Kiepskiej i puszka po piwie na stoliku pozostanie w mojej głowie tak krótko jak to tylko możliwe. Dla wielbicieli można by zadać pytanie. Jaką markę piwa preferowali bohaterowie tego serialu?
Dzielę się, bo może ktoś chciałby jednak popodziwiać i brakuje mu tego do osiągnięcia pełni szczęścia. W takim przypadku polecam i myślę, że warto udać się do Muzeum Motoryzacji Topacz.
Wracając do całości. Miejsce ciekawe. Ogromne gratulacje za Moto Classic i podtrzymywanie tradycji. Szczególne wyrazy uznania za pokazanie prototypu MTX Tatra V8. Będę śledzić koleje tego cuda i mocno trzymam kciuki za odbudowanie. Właściwie za zbudowanie od nowa. Myślę jednak, że nie będzie dostępny w muzeum ze względu na fakt, że właściciel intensywnie negocjuje z firmą MTX, aby prace ruszyły. W każdym razie, dopóki tutaj jest warto zajrzeć, żeby się przywitać.
